Fragment tekstu „Są sprawy istotne i mniej ważne. Rozmowa z Adamem Sandauerem o Ernie Rosenstein” [w:] Stern—Rosenstein—Streng/Włodarski. Między świadomym a podświadomym. Reminiscencje Zagłady w twórczości tych, którzy przetrwali, kat. wystawy, Warszawa: Libra Dom Aukcyjny & Galeria 2020, ISBN 978-83-954794-1-0


[…]

Erna Rosenstein, Przezroczystość, 1967

Czy pana matka opowiadała panu o swojej sztuce?

Czasami… Ale nie o swojej sztuce, tylko o rozwiązaniach warsztatowych, choćby jak robi grunt. Mnie interesowało na przykład, jak rozbija się blejtram, jak wkłada się w niego kliny, ale też czym jest perspektywa i jak oddaje odległość. Tłumaczyła, że to punkt, do którego wszystko się zbiega, i im dalej, tym mniejsze są malowane przedmioty. Ale też że w malarstwie Wschodu, jeśli coś było dalej, malowano to po prostu wyżej, to, co do góry, jest dalej, bez żadnej zbieżności. Albo że gdy powstaje obraz, jest też widoczny upływ czasu – jest malowana kolejna warstwa na poprzedniej warstwie. Wydaje się, że gdy obraz się maluje, widać tylko tę ostatnią warstwę, ale tak naprawdę obraz ewoluuje w czasie. Czy w rzeczywistości są to rzeczy tylko techniczne?

Są artyści, którzy lubią opowiadać, zdradzać teorię, według innych obraz powinien mówić za nich samych. Do której grupy należała Erna Rosenstein?

Chyba do tej drugiej – nie mówiła zbyt wiele. W latach 60., przez kilka lat, prowadziła z zaprzyjaźnioną malarką, Wiką Roszkowską, koło niedzielnych malarzy, w parku na Bielanach, później na Żoliborzu.

Przychodziło tam dużo ludzi, trochę dzieci, sporo malarzy amatorów. Płacili 5 czy 10 zł, dostawali papier. Na palety z tub wyciskano tempery i plakatówki w różnych kolorach. Panie chodziły i robiły korekty. Kilku znanych później malarzy prymitywistów rozpoczęło tam swoje kariery. Warsztatu jednak nie zdradzała. Nie uważała tego w ogóle za istotne. Często zachwycała się malarstwem dzieci i ubolewała, że szkoły czy wychowanie nie rozwija fantazji, a zamiast tego niszczy ją, ucząc warsztatu i każąc w malarstwie naśladować fotografię.

Erna Rosenstein, Otwiera się, 1979

Jej pracownia była otwarta? Czy pańska matka lubiła być podglądana w czasie pracy?

Nie, to nie miało żadnego znaczenia. Przede wszystkim matka nie miała własnej pracowni. Pracowała w pokoju obok. To za mało na pracownię malarską – pokój 20 metrów, w dodatku ciągle pojawiali się goście.

Był jakiś związek poezji z malarstwem pani Rosenstein?

Związek jest na pewno poprzez osobę autora. W jej wierszach widać samotność – została sama po śmierci mojego ojca, zostałem ja i wspomnienia. Rodziny już w Polsce nie było, tylko paru przyjaciół. Na koniec zostały dwie osoby, z którymi utrzymywała bliższe kontakty: redaktor naczelna „Nowych Książek”, Zenona Rynkowska, i Ewa Garztecka, dziennikarka. Inne, z którymi się znała, wyemigrowały albo poumierały. Był jeszcze kot.

Jaka była prywatnie?

Miała dziwaczne poczucie humoru. Mojego ojca to złościło. Taka była, jaka była. Ojciec zawsze był bardzo zasadniczy i poważny, ale matka ze znajomymi miała ochotę napić się trochę wódki. Opowiadała jakieś takie głupoty. Nie miało to charakteru jakiejś balangi, tylko żartowała i wygłupiała się. Ojca zazwyczaj wtedy szlag trafiał.

Podobno miała wielką wyobraźnię nie tylko na polu sztuki, ale też w życiu codziennym. Historia z dzieciństwa pani Rosenstein, jak próbowała razem z innymi dziećmi ożywić kota…

Opowiadała, że jako dziecko wierzyła, że jak przejdą wraz z innymi dziećmi na kolanach ulicę, to zdechły kot ożyje – Bóg się zlituje nad nim. Chciała bardzo wierzyć.


Download WordPress Themes Free
Download Nulled WordPress Themes
Download Premium WordPress Themes Free
Download WordPress Themes Free
ZG93bmxvYWQgbHluZGEgY291cnNlIGZyZWU=
download intex firmware
Download Premium WordPress Themes Free
free download udemy paid course