Fragment rozmowy Barbary Stern i Wojciecha Kopczyńskiego [w:] Stern—Rosenstein—Streng/Włodarski. Między świadomym a podświadomym. Reminiscencje Zagłady w twórczości tych, którzy przetrwali, kat. wystawy, Warszawa: Libra Dom Aukcyjny & Galeria 2020, ISBN 978-83-954794-1-0


Barbara Stern:

1 czerwca 1943 roku urodził się Jonasz Stern, bo go wtedy rozstrzeliwali. Te drugie narodziny Jonasza Kantor słusznie nazwał: „Idę ku moim narodzinom”.

Poznaliśmy się z Jonaszem w kawiarni około roku 1960. Przyjaźniłam się i pracowałam z siostrą Janka [Tarasina], z Tusią Mąciwodą, która była plastykiem, ale pracowała w korekcie muzycznej. Bardzo się spóźniała, więc ją wyrzucili, zresztą ta praca ją strasznie męczyła. Jonasz Stern, gdy wychodził z Akademii, wstępował do kawiarni Warszawianka, siedział z paniami i gadał. Tam go poznałam, pamiętam, że opowiadał wtedy o kajakach. Jonasz miał specyficzny głos. Rozmawiali, że pojedzie na kajaki, a ja rzuciłam: „O Boże, jak ja bym tam pragnęła być”. A on: „To pani jedź z nami!”. „Kiedy ja pracuję”. „Niech pani poprosi o urlop”. Poprosiłam o urlop, dali mi i to były pierwsze wspólne kajaki. A potem co roku w lipcu Jonasz zamawiał pogodę – przeważnie była, wyłączając powodzie. Wyjeżdżaliśmy na trzy tygodnie. Spływ Sanem. Jonasz zostawał na wodzie, a my ze Staszkiem szliśmy w kostiumach do miasteczek na zakupy. Bardzo dobre towarzystwo; wieczorem ogniska. Pierwszy raz usłyszałam tam historię Jonasza o rozstrzeliwaniu – przy ognisku nad Sanem. Pomyślałam sobie: „Boże drogi! Co ten człowiek przeżył! I może mówić o tym tak spokojnie”. Zaimponował mi. Tak zaczęła się nasza przyjaźń.

Jonasz był człowiekiem, z którym nigdy nie można było się nudzić. Gdy przy ognisku Jonasz opowiadał swoją historię, pomyślałam sobie, że to człowiek, który zasługuje na to, żeby go na rękach nosić. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Zaczął przychodzić do mnie i do mojego syna Wojtka, przynosił mu cukierki. Jak weszłam pierwszy raz do jego mieszkania, byłam oczarowana, zupełnie. Jego obrazami. Zawsze byłam na nie wrażliwa.

Wojciech Kopczyński:

Żyliśmy między tym domem tutaj a Jonasza. Tam Jonasz od 1958 roku miał pracownię i zawsze wracając od przyjaciół, wstępował do nas, była to często godzina wieczorna. Wracał głównie od Rotów, od Kędziorków. Grali w „ogona”, taką grę, w której padały jego wspomnienia. Wspomnienia były rzucane podczas takich właśnie sytuacji, wśród przyjaciół – „Panie, panie, tam się działy rzeczy codzienne”, bo ktoś zahaczył o wojnę czy padła jakaś aluzja. To nie było snucie wspomnień. Raczej impresje – nagle wychodziły w różnych sytuacjach ich odbicia. Widziałem to też na kajakach, te nagłe zatrzymania. Obserwowałem. Jak spałem z nim w namiocie, było widać, że nie jest tym samym człowiekiem, który w ciągu dnia jest wesoły i ekspresyjny, chwytający życie.

BS: Jonasz miał poczucie humoru, takie swoje. Zauważyłeś, że Jonasz obracał te wszystkie straszne rzeczy w jakiś nierealistyczny żart?

WK: Gdy byliśmy na przykład na pogrzebie kogoś bliskiego, mawiał: „Był Błaszczyk, nie ma Błaszczyka. Był Wypych, nie ma Wypycha”. To było pewne utrzymywanie dystansu. Nie wiem, jak Jonasz żył tutaj sam. U mamy jest podobnie jak za czasów Jonasza, to samo wyposażenie z lat 50., takie byle jakie, dykciane. To są meble, w których żył Jonasz, które ja pamiętam z pierwszych odwiedzin w jego domu. Nigdy się Jonasza obecności nie pozbyliśmy w naszym życiu. Czasami jest to trudne, bo ciężko wyrwać się z tych czasów, z tego kotła, o którym będzie ta wystawa.

W jakiś sposób wspomnienia wojny były wyczuwalne; dla mnie w ten sposób, że znałem historię dziadka, znałem historię Jonasza, ludzie, którzy przychodzili, znali obie te historie, bo często do nich w różnych rozmowach wracałem. Wystarczyło jedno słowo, a tutaj komuniści, a tutaj Niemcy, często rozmawialiśmy o polityce. Jonasz był bezradny, bo był z tego przeciwnego obozu. Ta bezradność i rozpacz matki, oba życiorysy w jakiś sposób miały wpływ na mnie. Nasiąknąłem tym dramatem. Wszystko, co było, nie minęło. To jest niesamowite – kiedy wracam od Jonasza, przypominam sobie, jak wracaliśmy często z nim na piechotę, tą samą drogą. Te same szlaki, te same dosłownie odległości. Zmienia się wszystko – nie zmieniają się moje przeżycia. Żyję w pewnym rozwarstwieniu, jestem tu i tu, rzadko w teraźniejszości, raczej w takim rozkroku. Mam teraz prawie tyle samo lat co Jonasz, gdy go poznałem. Miał wtedy 66 lat, ja mam teraz 64. Myślę, jak to mogło być, myślę o tęsknotach Jonasza. Czuję się bardzo bezradny, zwłaszcza teraz, jak mówię o tych rzeczach, jestem w roztargnieniu, więcej tutaj emocji niż logiki, ale widocznie tak musi się to odbywać.

Jak tamto pokolenie dawało sobie radę z tą traumą, ze swoimi przeżyciami? Wydaje mi się, że to było widoczne w otoczeniu, ja odbierałem to jako formę materii, która tam jest, stale obecna. W miejscu, gdzie go rozstrzeliwano, zostało zrobione w 1962 roku zdjęcie. Jest też obraz Dół, który wisiał naprzeciwko łóżka Jonasza. Wstając, zawsze musiał go widzieć, więc codziennie przypominał sobie o tym, co przeżył. Proszę sobie wyobrazić, że budzi się, patrzy na ten obraz i bez przerwy, każdego dnia właściwie jest w tym miejscu, gdzie był rozstrzeliwany.

BS: Byłam w tym miejscu. Stałam na dole. Lata potem. Pojechaliśmy niezbyt legalnie. Po wojnie byłam raz. A Staszek [Wiśniewski] był jeszcze za okupacji. Jonasz w trakcie egzekucji bezwiednie się przewrócił i obudził się niedraśnięty pod czyimiś zwłokami. Potem chodzili Niemcy i dobijali. On nie drgnął nawet, żeby go nie dobili. Później niemieccy żołnierze chodzili gdzieś pić alkohol, bo chyba na trzeźwo nie mogli tylu ludzi natłuc – płakać się chce, jak o tym mówię. Jak się zrobiło ciemno, przeszli, dobili, kogo mieli dobić, i zaczęli pić jeszcze więcej. Jeden strażnik zawołał drugiego i wtedy Jonasz wstał i poczuł, że jest niedraśnięty, tylko nagi do połowy. Wziął jakiś kij, wygrzebał się spod stosu ciał i wyszedł. Pomyślał sobie: „Jak mnie któryś zauważy, to mnie zabije albo ja go zabiję”. Potem szedł polami. Jonasz mówił, że ciało ludzkie w świetle księżyca jest bardzo widoczne. Tak nachylony szedł; doszedł do lotniska w Skniłowie. Mimo tego, że ze Lwowem związane były tak ciężkie wspomnienia, wracał do miejsca, w którym przeżył najgorsze chwile w swoim życiu. Nawet kajaki się z tym wiązały i te okolice. Jonasz na kajakach malował obrazy. Tworzył je w głowie, a potem malował rzeczywistość.

WK: Jonasz był szczęśliwy, że żyje, i to widać w tym, co malował. Prace z lat 40., 50. były zupełnie inne od tych późniejszych, były jakby radością z życia, emanują energią. Później zaczynają się kości, przechodzi do nich z obrazów malarstwa materii. To był przeskok. Pamiętam, że właściwie zawsze w jego pracach były kości, a także alfabet, elementy znakowe, piktogramy. Potem w obrazach z kośćmi pojawiły się siatki i to też jest jakaś arka z kości. Wydaje mi się, że ważne dla niego były doroczne wystawy Grupy Krakowskiej. Własny język. Całkiem autentyczny, niewołający o wolność jak w abstrakcjach z lat 50. Nie ten przywieziony ze współczesnej Europy. Tamte obrazy były przenoszone tutaj. Tam powstawały naturalnie, tutaj powstawały jak przeszczepienia.

Przeklinam czasem to, że wciąż odzywały się wspomnienia o wojnie, przy różnych dziwnych okazjach. […]

Download Best WordPress Themes Free Download
Premium WordPress Themes Download
Download Best WordPress Themes Free Download
Download Best WordPress Themes Free Download
lynda course free download
download mobile firmware
Premium WordPress Themes Download
ZG93bmxvYWQgbHluZGEgY291cnNlIGZyZWU=